Żywność
z laboratorium Frankensteina
Niejaki
Sir Albert Howard rozwinął całą filozofię uprawy ziemi, której
podstawą było organiczne, samowystarczalne rolnictwo. Przedstawił
ją w swojej książce pt. "Testament agronoma". Upadek
tego rolnictwa - wg Howarda - rozpoczął się w 1879 roku, kiedy
z Ameryki po raz pierwszy sprowadzono tanie ziarno. Wytwarzany
z niego chleb wołał o pomstę do nieba (Sir Albert nazywał
to "morderstwem dokonanym na naszym chlebie codziennym").
Chleb pełnoziarnisty, naturalny i odżywczy odszedł w zapomnienie,
a jego miejsce zajęło chemicznie "ulepszane" białe
pieczywo, które dłużej pozostaje świeże, ponieważ piecze się
je z mąki oczyszczonej z kiełków pszenicy i w ten sposób pozbawia
duszy. Kiełki są żywym organizmem i rozkładają się jak wszystko
co naturalne - więc chleb z czasem pleśniał. Rosnące masy
mieszkańców miast potrzebowały jednakże żywności produkowanej
na skalę przemysłową - tym samym droga od producenta od konsumenta
się wydłużała; wypiek białego pieczywa oznaczał zerwanie więzi
między ludźmi i chlebem.
Sam Sir Albert z czasem doczekał się poczesnego miejsca w
galerii nieszkodliwych dziwaków. Jego receptura na organiczny
nawóz brzmiała dziwacznie: składały się na nią odpadki ogrodowe,
szmaty, skóra moczona w wodzie, zwierzęce, ptasie i ludzkie
ekskrementy, a nawet ludzkie włosy (aby wyprodukować1 kg użytecznego
azotu potrzeba aż 7 kg ludzkich włosów, co daje wyobrażenie
o tym, jak niezastąpiony jest azot pozyskiwany nieorganicznie),
sama ziemia i woda - wszystko to upakowane w wykopanym w ziemi
dole i pozostawione na słońcu, gdzie powoli zmieniało się
w miękką, żyzną, czarną glebę. Sir Albert twierdził, że taka
organiczna gleba będzie odporna na chwasty i choroby. Badania
udowodniły, że nie jest to prawda.
Podobno w Hamble Valley w angielskim hrabstwie Hampshire,
gdzie dominowały plantacje truskawek, dzieci nosiły szkolne
mundurki z wyhaftowaną truskawką na kieszeni, a szkoły nosiły
imiona lokalnych odmian truskawek: Duke, Soverign, Paxton
i Bedford. W czerwcu, wielkim miesiącu truskawkowych żniw,
armia zbieraczy ruszała w pole o 4 rano, aby zdążyć z transportem
na poranny pociąg do Londynu, gdzie trafiały na targ w Covent
Garden. Pociąg był zwany truskawkowym ekspresem, a farmerzy,
którzy zwozili truskawki z plantacji - truskawkowymi rycerzami.
Nie wiem, czy wciąż tak jest, czy mieszkańcy tzw. truskawkowego
wybrzeża wciąż hołubią swój regionalny dar natury, ale przyznam,
że ogromnie podoba mi się taka duma i tematyczność regionu.
Francuski ogród zawsze różnił się od angielskiego. Angielski
był na pokaz, francuski dostarczał pożywienia. Największy
ogród warzywny, zwany "Potager du Roi" (franc. "ogród
warzywny króla"), którego właścicielem był król Francji
Ludwik XIV, mieścił się w Wersalu. Na 23 akrach stały w równych
rzędach, jak żołnierze podczas parady, warzywa i drzewka owocowe.
Był też ogrodniczym laboratorium, gdzie rośliny uprawiano,
krzyżowano i produkowano w wielkich ilościach. Królewski ogród
wciąż spełnia swoją funkcję, a odwiedzający go mogą kupić
na miejscu świeże produkty. Z 50 odmian gruszy pamiętających
czasy Ludwika XIV, wciąż uprawia się 49.
Duńscy ogrodnicy pierwsi znaleźli sposób, by dzikie truskawki,
sadzone w lipcu i sierpniu, powoli dojrzewały w dołkach przykrytych
spadzistymi daszkami, Paryscy ogrodnicy byli słynni z tego,
że pędzili warzywa bardzo wczesną wiosną. W celu wyhodowania
"primeurs" (tzw. nowalijek) używali tzw. zimnych
inspektów. Znajdujący się w środku obornik, rozkładając się,
ogrzewał ziemię. Ogrodnicy sadzili nasiona warstwa na warstwie
- z wierzchu wcześnie dojrzewające rzodkiewki i sałatę, pod
nimi marchewkę i kalafior, a na końcu szpinak.
Dziś wiadomo, że jeśli chodzi o owoce i warzywa - małe jest
lepsze, kompresja potęguje smak. Jednak w czasach wiktoriańskich
ludzie chcieli większe i szybciej dojrzewające warzywa. Kiedy
więc w XIX wieku odkryto, że azot jest wydajnym nawozem, intensywnie
rozglądano się za jego źródłem. Brytyjczycy przekopywali pola
bitewne pod Waterloo i na Krymie, by znalezione kości przerabiać
na azot. Sprowadzili z Chile guano (odchody ptaków morskich),
zbierane z klifów. Po wybuchu I wojny światowej dla ptasiego
guano znaleziono jeszcze jedno zastosowanie - pozyskiwany
z niego azotan służył do produkcji materiałów wybuchowych.
Z początku supermarkety wydawały się przyjazne. Miały niskie
ceny, a w okolicy było wystarczająco dużo sklepów różnych
sieci, by nie znudzić się jednym. Z czasem jednak zaczęły
się łączyć w coraz większe korporacje. Nikt już nie wysilał
się, by sprowadzać smakowite towary i kusić nimi klienta.
Sieci supermarketów wprowadziły własne kryteria doboru oferowanej
żywności, a uprawa owoców i warzyw odbywała się pod ich dyktando.
"Warzywa z supermarketu są jak gwiazdy Hollywood - mają
dobrą prezencję i są odporne na wszystko". Sałata lodowa
jest modelowym przykładem industrialnego warzywa - można ją
trzymać w lodówce w nieskończoność i tak pozostaje chrupka.
Jeszcze sto lat temu pomidory - wówczas jeszcze wciąż nowinka
w Europie i Ameryce Północnej - z zasady gotowano, by pozbyć
się ich podejrzanego smaku. Obecnie wiadomo już, że w czasie
gotowania pomidor wydziela likopen, który niszczy komórki
nowotworowe.
Z pomidorem jest jak z serem z niepasteryzowanego mleka, który
raz rozcięty przestaje dojrzewać. To samo dzieje się z pomidorem:
raz zerwany już lepszy nie będzie.
Uprawiane powszechnie pomidory, te kalifornijskie czy hiszpańskie,
są holsteinami przemysłu pomidorowego - rosną szybko i dają
duże okazy. Istnieje wiele innych odmian dających owoce o
lepszym smaku, ale nie są one tak produktywne, a ich nasiona
są znacznie droższe (kiedy produkuje się na rynek masowy,
priorytetem są koszty produkcji, a w efekcie cena końcowa
produktu - im niższa, tym lepiej).
Pomysł uprawy roślin w wodzie jest stary jak świat, ale w
przypadku roślin jadalnych nauka zajmowała się tym aspektem
raczej z ciekawości niż potrzeby. Dopiero w latach 30. XX
wieku poważnie zainteresowano się hydroponiką (nazwa od greckich
słów: hydro - wodny i pónos - praca) jako metodą uprawy na
terenach pustynnych. Pierwsze eksperymenty przeprowadzono
w czasie II wojny światowej - system hydroponiczny wykorzystano
do uprawy świeżych warzyw dla amerykańskich oddziałów stacjonujących
na jałowych, wulkanicznych wyspach Pacyfiku. Obecnie w ten
sposób hoduje się rośliny na łodziach podwodnych, wychodzących
w morze na wielomiesięczne patrole.
Holandia, ten położony w depresji kraj, wciąż walczy z morzem
o miejsce pod uprawy. Wyhodowanie tu czegokolwiek wymaga pomysłowości,
dlatego też to Holendrzy pierwsi rozpoczęli hodowlę szklarniową
roślin na skalę przemysłową, a hydroponika okazała się idealną
metodą uprawy pomidorów, pochodzących wszak ze strefy subtropikalnej.
Hodowla szklarniowa osiągnęła apogeum w Anglii w połowie XIX
wieku, kiedy zniesiono tzw. podatek okienny. Kryształowy Pałac
(ok. 100 tys. m2 pod szkłem) w 1851 roku mieścił pierwszą
wystawę Expo. Zaprojektował go Joseph Paxton, ogrodnik wielkiego
3 ha ogrodu warzywnego w hrabstwie Derbyshire w Anglii (za
rewolucyjny jak na owe czasy projekt otrzymał od królowej
tytuł szlachecki i odtąd tytułował się Sir Joseph Paxton).
Wizja domów ze szkła okazała się prorocza, bo przepowiadała
erę amerykańskich drapaczy chmur.
Hydroponika jest o wiele bardziej efektywna niż uprawa szklarniowa,
i do tego "czysta" - nie potrzeba herbicydów czy
pestycydów. Rośliny rosną w wodzie albo na sztucznym podłożu
z wełny mineralnej lub perlitu - sterylnych produktów niewymagających
odkażania, tak jak gleba szklarniowa. Rośliny są odżywiane
dobraną przez komputer mieszanką środków odżywczych i wody.
Jedynymi stworzeniami widywanymi w szklarni hydroponicznej
są trzmiele zapylające rośliny. To, co jeszcze czyni ją tak
atrakcyjną dla hodowców, to łatwa kontrola nad uprawą.
Hydroponika, chociaż w porównaniu z tradycyjną uprawą może
wydawać się wielkim krokiem naprzód, blednie w porównaniu
z tym, co obecnie szykuje się w laboratoriach naukowych -
nowa generacja żywności jest modyfikowana genetycznie.
Pierwszym komercyjnym sukcesem agrogenetyków była zmodyfikowana
transgeniczna kukurydza, której do tej pory aplikowano potężne
dawki pestycydów, by zwalczyć szkodnika zwanego omacnicą prosowianką.
Za pomocą transgenezy do komórek kukurydzy wprowadzono gen
bakterii Bacillus thuringiensis, odpowiedzialny za wytwarzanie
białka, które spożyte przez gąsienice omacnicy prosowianki
zabija je. Ekolodzy ucieszyli się, że w żywności będzie mniej
chemicznych trucizn - tak, jak postulowała to amerykańska
biolog Rachel Carson, która w latach 60. w swojej książce
pt. "Cicha wiosna" zwróciła uwagę opinii publicznej
na sprawy ochrony środowiska i w 1972 r. doprowadziła do zakazu
używania DDT w Stanach Zjednoczonych. Związek ten, znany pod
nazwą handlową Azotox, był środkiem owadobójczym, wycofanym
z powodu właściwości toksycznych i rakotwórczych. Jego ofiarą
padły przede wszystkim rzadkie gatunki ptaków drapieżnych,
m.in. sokół wędrowny w Europie niemal całkowicie wyginął.
Paul Meller, twórca DDT, w 1948 r. otrzymał za swoje odkrycie
Nagrodę Nobla, W Polsce zakaz używania DDT wprowadzono w 1976
r. Jednakże ok. 25% żywności w Ameryce Północnej, oznaczonej
certyfikatem jakości, wciąż zawiera zanieczyszczenia chemiczne.
W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie prawdopodobnie 70% żywności
to żywność transgeniczna. Wprawdzie transgenezę stosuje się
w uprawie zaledwie 3 gatunków roślin: kukurydzy, rzepaku i
soi, ale są one składnikiem wielu produktów. W Europie zmodyfikowana
genetycznie żywność jest postrzegana jako kolejna "brudna
sztuczka" amerykańskiego biznesu, który chce zbić fortunę
na handlu nasionami, co roku kupowanymi od nowa. Dla radykalnych
ruchów ekologicznych transgeneza jest gwałtem na naturze.
Choroba wściekłych krów w Anglii zraziła ludzi do wielkich
koncernów przemysłu spożywczego. Dla Brytyjczyków twierdzenie,
że żywność transgeniczna jest zdrowa i bezpieczna brzmi równie
niewiarygodnie, jak zapewnienia polityków, że wołowinę można
spożywać bez obaw. Kiedy jednak modyfikacje genetyczne nazywano
"krzyżowaniem gatunków", nikt nie wpadał w popłoch,
a ogrodnicy byli dumni ze swoich udanych eksperymentów. Bez
krzyżowania bowiem nadal jedlibyśmy groszek twardy jak kamień
i marchewki przypominające w dotyku niewygarbowaną skórę.
Krzyżówki genetyczne były jednakże rozrywką ogrodników-amatorów,
którzy zrozumieli, że nie wszystko można skrzyżować.
Anna
Szmyd,
KPODR w Minikowie |