Ilekroć spotykam Bolesława Prusa z Żurawi,
przypominam sobie tzw. obowiązkowe lektury czytane w szkole
Lalka, Placówka, Faraon, pisane przez innego Bolesława Prusa,
tworzącego w II połowie XIX wieku pisarza i publicystę, który
tak naprawdę nazywał się Aleksander Głowacki. Wprawdzie nasz
bohater nie pisze książek, ale za to dużo ich czyta, a znany
jest w bliższej i dalszej okolicy z innego powodu, o czym
za chwilę.
Pan Bolesław Prus mieszka w Żurawi. Jest to
miejscowość leżąca w powiecie nakielskim, w gminie Kcynia.
Prowadzi gospodarstwo o powierzchni 12,93 ha, które przejął
od rodziców. Myślał o powiększeniu gospodarstwa, ale w najbliższej
okolicy takiej możliwości nie było. Rolnicy gospodarujący
w tak małych gospodarstwach wiedzą, że trudno jest w takich
warunkach uzyskać godziwe dochody. Pan Bolesław, jako osoba
przedsiębiorcza, próbował temu zaradzić w różny sposób.
W 1989 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych,
gdzie pół roku pracował na budowach. Miał wtedy okazję przyglądać
się życiu ludzi w Ameryce. Nie tylko tym, którzy mieszkali
w mieście, gdzie pracował, ale miał również okazję poznać
warunki życia farmerów. Stwierdził wówczas, że nawet gdyby
obiecywano mu "złote góry", nie chciałby pozostać
w USA. Dlaczego? Szalone tempo życia przyprawia o zawrót głowy,
pojedynczy człowiek nie jest zauważany, zwłaszcza obcokrajowiec,
nie ma więzi między ludźmi. Pewnie były to spostrzeżenia osoby,
która z wielu względów czuła się obco w kraju, gdzie nie mówi
się po polsku (chociaż mieszkał wtedy u brata), gdzie nie
ma przyjaciół i rodziny, gdzie... i tak dalej. Ale jedno jest
pewne - pan Bolesław uzmysłowił sobie wtedy, że trzeba pomyśleć
o takim sposobie na życie, gdzie będzie miejsce na pracę satysfakcjonującą
finansowo, ale jednocześnie dającą zadowolenie z tego, co
się robi.
Dla pana Bolesława satysfakcjonujące zawsze
były i są spotkania i kontakty z ludźmi. Taką możliwość dała
mu praca w amerykańskiej firmie AMWAY, której był przedstawicielem.
Pan Bolesław jest człowiekiem bardzo szybko nawiązującym kontakty
z ludźmi, dlatego taki rodzaj pracy odpowiadał jego osobowości.
Nie należy jednak zapominać, że równolegle prowadził swoje
gospodarstwo.
W ówczesnej Polsce (a był to koniec lat osiemdziesiątych)
realia życia zmieniały się jak w kalejdoskopie - raczkująca
demokracja i wszystkie związane z nią konsekwencje. Wchodziły
w życie nowe przepisy regulujące sprawy związane z różnymi
sektorami gospodarki, w tym związane z rolnictwem. Pan Bolesław
nie opuszczał żadnych szkoleń organizowanych przez ODR.
Na jednym z nich dowiedział się, że wchodzi
w życie nowa Ustawa o ochronie roślin. Przepisy ustawy między
innymi zobowiązywały rolników do przeprowadzania okresowych
przeglądów opryskiwaczy, które miały potwierdzać ich sprawność
techniczną. Pan Bolesław pomyślał wówczas, że rysuje się dla
niego szansa. Choć do tej pory nie wiem, czy najpierw myślał
o rodzinie, czy o spełnieniu swoich zainteresowań. Bo trzeba
powiedzieć, że sprawami związanymi z techniką wykonywania
zabiegów ochrony roślin zainteresowany był już wcześniej.
To zaprocentowało, bowiem z chwilą wejścia w życie ustawy
o ochronie roślin uprawnych, po konsultacji z doradcą ODR
w Minikowie, panem Jerzym Trzebiatowskim, doszedł do wniosku,
że warto by przemyśleć sprawę utworzenia stacji atestacji
opryskiwaczy. Zdobył stosowne uprawnienia i w roku 2000 rozpoczął
działalność w zakresie atestacji opryskiwaczy.
Każdy początek nowej działalności jest trudny.
Pan Bolesław jeździł do wielu gospodarstw, żeby zaoferować
swoje usługi. Na początku działalności chętnych do skorzystania
z jego usług było niewielu. Zgłaszali się do niego jedynie
ci rolnicy, którzy mieli świadomość tego, że prawidłowo wykonany
zabieg ochrony roślin gwarantuje odpowiednią wysokość i jakość
plonu. Dzisiaj jest inaczej, jest osobą niezmiernie poważaną
i jednocześnie cenioną za uczciwość i profesjonalizm. Świadectwem
tego niech będzie wypowiedź jednego z uczestników szkoleń
chemizacyjnych organizowanych przez Ośrodek Doradztwa Rolniczego
w Minikowie, w których część praktyczną prezentuje pan Bolesław
Prus. Pan Jan Książek, rolnik racjonalizator z Kosowa, w gminie
Mrocza wypowiada się o panu Bolku tak: sam jestem profesjonalistą,
jeśli chodzi ogólnie o wykorzystanie sprzętu rolniczego (przyp.
autora. - pan Książek otrzymał wiele nagród za swoje pomysły
racjonalizatorskie, polegające na doskonaleniu maszyn i urządzeń
rolniczych), wprowadziłem wiele zmian w wykorzystywanych przeze
mnie maszynach rolniczych, mimo to korzystam z usług pana
Bolesława, ponieważ cenię sobie jego profesjonalizm.
Zacytowana opinia rolnika korzystającego
z usług Bolesława Prusa nie jest jedyną, bowiem powszechnie
mówią, że jest solidnym fachowcem w swojej dziedzinie.
Pan Bolesław znalazł sposób na życie. Robi
to, co lubi, a przy tym mając świadomość, że z małego gospodarstwa
nie za wiele da się wyciągnąć, znalazł inne, alternatywne
możliwości. Gospodarstwo zmodernizował, nastawił na produkcję
trzody chlewnej. W podjęciu decyzji o chowie trzody chlewnej
w swoim niedużym gospodarstwie pomógł mu przypadek. Pojechał
na wycieczkę turystyczno-szkoleniową do Szwecji, gdzie po
raz pierwszy spotkał się z nowoczesnymi technologiami chowu
trzody chlewnej. To dało mu bodziec do podjęcia inwestycji
w swoim gospodarstwie. Wybudował nowoczesną chlewnię, podporządkował
produkcję roślinną pod potrzeby chowu świń i zupełnie nieźle
do tej pory prosperuje, pomimo dołków i górek cenowych żywca
wieprzowego.
Zapytacie, dlaczego o nim, a nie o innych
piszę. Otóż takich, jak ten współczesny Bolesław Prus jest
wielu. Nie każdy jednak będąc rolnikiem, staje się jednocześnie
przedsiębiorcą. A szkoda.
Nie wspomniałam nic o rodzinie pana Bolka.
Ma żonę Brygidę i trzech synów, z których jeden uczęszcza
do szkoły podstawowej, a dwaj są gimnazjalistami. Każdy z
nich ma odrębne zainteresowania: Sławek pięknie rzeźbi w drewnie
(posiada już kilka nagród), Jacek wykazuje zdolności informatyczne,
a Maciej interesuje się samochodami, ale najbardziej tymi,
które już nie jeżdżą po naszych drogach.
Helena Kozdemba,
KPODR w Minikowie